„Teleogłupianie”

560786iteleogłupianie

Michel Desmurget, autor „Teleogłupiania” to bardzo zacietrzewiony człowiek. Czytając pierwsze strony, zastanawiałam się, czy dożył ukończenia swego dzieła i czy aby odrobinę nie przesadza. Telewizja podarowała mi w końcu w dawnych, dawnych czasach „Zwierzyniec”, do dziś przy każdej wizycie w ZOO, mam na ustach melodię o tych co „skaczą i fruwają”. Czy powinnam więc uczestniczyć w brukaniu tego „źródła przyjemności”? Telewizja to w końcu również Galileo i programy edukacyjne, kulinarne show ( uwielbiam!) i George Clooney( jeszcze bardziej).
Jednak pod koniec pierwszego rozdziału poczułam wyraźnie, jak oddalam się od „Zwierzyńca”, a przybliżam do Monsieur Desmurget, który z pewnością w miarę możliwości usunąłby wyraz TELEWIZJA nie tylko ze słownika, ale również z naszej pamięci.

Czytając o przedziwnych sposobach utrzymania widza przed ekranem, poczułam, że trzymając w rękach pilota nie mamy wiele do powiedzenia, wolność jest w tym momencie zupełnie pustym słowem. Dzieci są zaś najbardziej plastycznym materiałem, to właśnie im dedykuje się większość reklam ( także tych zupełnie dorosłych) „wychowując” sobie konsumenta na następne dziesięciolecia, dla nich przygotowuje się naładowane dźwiękami i migoczącymi ekspresowo obrazkami kreskówki, przed którymi uciekłby Bolek z Lolkiem i Reksiem na koniec świata. I to właśnie maluchy ponoszą konsekwencje: zaburzenia koncentracji, ograniczony rozwój mowy, agresja, nadwaga, niestety również obniżony iloraz inteligencji. Niemowlak poznający świat na ekranie? Dwulatek uczący się mówić „z telewizora”? Czterolatek czerpiący swoją wiedzę z programów edukacyjnych? Czysty absurd! Maluszek poznaje świat przez dotyk, smak i inne zmysły, tłuczenie drewnianą łyżką po garnku nauczy go więcej niż Bob Budowniczy. Dwulatek uczy się mówić wyłącznie poprzez kontakt z innymi, nazywanie przez nich przedmiotów, czytanie pierwszych książeczek. Czterolatek uczy się poprzez rozmowę, naśladowanie i zabawę. Czyli nic się nie zmieniło od czasów „sprzed”.

We Francji oficjalnie zabronione jest wyświetlanie programów, dla dzieci poniżej trzeciego roku życia, u nas praktykuje się ciągle jeszcze „niańczenie” dzieci przez srebrny ekran. Zupełnie „przypadkowo” mamy również najbardziej otyłe 10-latki, a tysiące dzieci ma problemy ze zrozumieniem jakiegokolwiek tekstu. Może przyszedł czas, aby częściej wyłączać przycisk „Power”?

Po lekturze tej książki nie wyniosłam telewizora na strych. Ale w inny sposób spoglądam ( a raczej nie spoglądam) na telewizyjne twory; na programy przyrodnicze, w których tygrys najpierw rzuca się prosto w kamerę, pożera kamerzystę, a potem z prędkością światła przemierza sawannę( aby nie było za nudno), naładowane wulgaryzmami audycje popołudniowe( żeby nie było za grzecznie, któż by tego chciał?)filmy, w których krew tryska z telewizora, obok telewizora i pod telewizor( na wypadek, gdyby telewidz nie mógł sobie tego po prostu wyobrazić). Świat po tamtej stronie ekranu, nie ma zbyt dobrego zdania o oglądających. Teleogłupianie…?
Na szczęście zawsze możemy po obejrzeniu setnego odcinka Galileo, albo filmu z G. Clooney zrobić po prostu…PSTRYK.

koszyk_blog

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *