„Takie rzeczy”, czyli o krętych ścieżkach pewnej miłości (do czytania)

czytająca

Jednym z marzeń każdego mola książkowego jest przekazanie miłości do słowa pisanego następnemu pokoleniu. Na drodze do spełnienia niektórych marzeń może stanąć jednak nie do końca ukształtowana, uzbrojona w pampersa i drwiący uśmieszek pociecha, która z wyjątkowym lekceważeniem traktuje wszelkie techniki indoktrynacji. Moja córka swoje kartonowe książeczki wykorzystywała jedynie jako tło do swobodnej twórczości kredkami świecowymi, nie interesowały jej kolorowe obrazki i pierwsze słowa. Z widocznym zniecierpliwieniem pakowała „tomiska” na swój drewniany wózek i wywoziła spoza zasięgu mojego wzroku…
Mole książkowe nie poddają się tak łatwo, więc następne lata wypełnione były kolejnymi próbami ocieplania stosunków pomiędzy dzieckiem i literaturą. Prośbą, groźbą, szantażem, przekupstwem i kilkoma innymi, mniej lub bardziej skutecznymi metodami. Pewnego dnia, dziesięcioletnia wtedy córa wyburczała, że zupełnie nie ma czasu na swoje przyjemności, bo: „Ty mi takie rzeczy każesz robić!!!”
Przyznaję, że „takie rzeczy” ( przeczytanie pięćdziesięciu stron dziennie) przelały we mnie szalę goryczy. Miałam dość! Dość przekonywania, że Kubuś Puchatek jest przezabawny, a Dolina Muminków jest najbardziej uroczym miejscem na Ziemi. Dość czytania na głos koszmarków o zawadiackich świnkach morskich albo dwóch zabłąkanych kotkach ( niby lepiej niż nic). Miałam ochotę podjechać własnym drewnianym wózkiem, zapakować to całe papierowe, niekochane utrapienie i wywieźć je wraz z moimi marzeniami o zaczytanym dziecku.
I pewnie bym tak zrobiła, gdyby nie dwie przyjaciółki z dzieciństwa, na których zawsze można polegać: „Pollyanny”, która nauczyła mnie optymizmu i „Ani z Zielonego Wzgórza”, która wkroczyła w życie buntowniczej córki i zachwyciła ją bezgranicznie. Rudowłosa dziewczyna marząca o sukni z bufkami i o tym, aby nosić romantyczne imię Cordelia, rzuciła czar, który działa do dzisiaj.
Trzy lata i stosy książek później, z wielką satysfakcją przyglądam się nastolatce połykającej coraz trudniejsze tytuły, piszącej opowiadania i spoglądającej na świat oczami młodziutkiego, ale wrażliwego i mądrego człowieka. Czy warto było stoczyć tę walkę o kolejnego czytającego? Oczywiście! Z czytaniem jest bowiem  jak z miłością, jedna osoba zakocha się od pierwszego wejrzenia, a inna będzie ostrożnie i powoli zawiązywać więzy przyjaźni, nie mniej wartościowej i szczerej. Głównym trofeum pozostanie na zawsze to uczucie, które rozwija, głęboko porusza, wskazuje drogę przez życiowe zaułki. Radość z czytania.
Pozwolę sobie więc na niezobowiązującą radę. Jeśli w Waszym domu pojawiła się niedawno jakaś mała istotka, to kupcie pierwszą kartonową książkę. Być może pod kocykiem w misie leży przyszły niewiarygodnie wyjątkowy CZYTELNIK

koszyk_blog

 

 

 

 

3 myśli nt. „„Takie rzeczy”, czyli o krętych ścieżkach pewnej miłości (do czytania)

  1. Ja pamiętam jak moja mama zaraziła mnie czytaniem. I wcale nie zaczynała od książeczek z obrazkami. Wiadomo miałam i takie jednak nic na siłę. Raczej służyły do zabawy. Aż kiedy miałam chyba z13 czy 14 lat dostałam do przeczytania pierwszą „dorosłą” książkę. Pamiętam jak wracałam ze szkoły, zamykałam się w pokoju i czytałam. A że miała ona 47 tomów to troszkę mi zeszło. Od tamtej pory praktycznie nie potrafię zasnąć bez książki.

    • Cóż, kiedyś chyba było łatwiej „kogoś zarazić”czytaniem. Nie było tylu innych bodźców. Teraz trzeba być wybitnie konsekwentnym i upartym, aby dziecko wybrało czytanie spośród tylu innych „pokus”. Jestem ciekawa, cóż to za dzieło składało się z 47 tomów:) Pozdrawiam gorąco i dziękuję za komentarz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *