W poszukiwaniu zagubionego czasu, czyli mieszczuch ciągle jeszcze na wakacjach…

)0039kopia2
Mieliście kiedyś wrażenie, że od poniedziałkowego poranka do niedzielnego wieczora dzieli nas tylko kilka chwil, że miesiąc składa się tylko z kilku dni, a pora roku jest tak ulotna, że nie nadążamy uchwycić wzrokiem żółknących liści i wskoczyć w krótkie spodnie, zanim skończy się lato? To uczucie nie opuszcza mnie przez większość roku…zaraz, który to mamy obecnie? Nic mnie czasami nie ominęło, jakaś zmiana czasu, albo wejście w nowe tysiąclecie?

Czas jest przedziwnym zjawiskiem, które wydaje się kurczyć wraz z lodowcami na biegunie. Wydaje się, że tę trasę, którą nasi przodkowie pokonywali przytulnie na welocypedach, my musimy przepędzić w pojazdach Formuły 1, bez żadnego przygotowania i nawet bez ochronnego kasku. Wciskamy się do machiny w poniedziałek i gnamy na oślep, z sercem w gardle, potem spływającym po plecach i nadzieją, że dotrzemy do celu, którym jest koniec tygodnia. Jeśli nam się to uda, to wysiadamy na trzęsących się nóżkach, by kilka chwil później znowu powtarzać tę pogoń…za czasem.

Ale nieraz czas staje w miejscu…a konkretnie, w pewnych miejscach na tej Ziemi, pewnie niektóre z nich znajdują się niedaleko Waszego domu. Dla mnie nieustannym źródłem inspiracji i życiowych lekcji jest Srebrna Góra, miejscowość tak skromniutko przyczajona na mapie, ze trafić może do niej tylko miłośnik starych twierdzy i właśnie…ja. Przed wiekami huczało tam i buczało od wystrzałów armatnich, wojska pruskie broniły się ( skutecznie) przed wojskami napoleońskimi z największej w tamtych czasach fortecy wojennej. Miłośnicy tajemnic pewnie znają legendy krążące o ciężarówkach ze skarbami hitlerowców, które wjechały na twierdzę i zaginęły bez śladu, a znawcy historii wiedzą o oficerach polskich więzionych w Srebrnej Górze.

Chadzam sobie każdego roku górskimi ścieżkami tej miejscowości i z całą pewnością wiem, że przydomek „Magiczna Srebrna Góra” nie został nadany bez powodu. Jeden z nich poznałam pewnego słonecznego lata, kiedy jak zwykle, zestresowana, rozpędzona i ostatkiem sił, dobiłam do tego zakątka. Mój zegarek przestał działać, moja komórka straciła zasięg, więc nie było sensu wkładać jej do plecaka. Ruszyliśmy na rodzinną wędrówkę otrzepując z siebie miejski pył i starając się odczytać mapę na tyle, aby nie trzeba było nocować w lesie. Błądziliśmy, przeskakiwaliśmy przez zwalone pniaki, naklejaliśmy plasterki na stopy, podpieraliśmy się patykami, zjedliśmy wszystkie miętówki upchnięte po kieszeniach, obserwowaliśmy zaskrońca, polewaliśmy się wodą z butelki, kłóciliśmy się o to, czy należy już wracać, posapywaliśmy ze zmęczenia i poparzyliśmy się pokrzywami. Odpoczynek znaleźliśmy w miejscowym barze zagryzając pierogi. Do miejsca naszego noclegu wróciliśmy wieczorem…tak się nam przynajmniej wydawało.

Naprawdę okazało się, że od naszego wyjścia minęły dokładnie 2 godziny!

Nie byłam w stanie wytłumaczyć tego nieoczekiwanego zjawiska, ale od tej chwili rozpoczęliśmy nasze codzienne igraszki z czasem, który zdawał się nie mieć początku i końca. Każdy dzień składał się z niezliczonych chwil wylegiwania na pięknym tarasie, czytania, podziwiania widoków, pikników, zbierania leśnych owoców, wypraw w nieznane. Pęd zamienił się w błogi, spokojny spacer. Świat stanął w miejscu czekając, aż będę mogła dotrzymać mu kroku.
Pomimo, że staram się zawsze znaleźć logiczne wytłumaczenie każdej zagadki, tym razem postanowiłam, że pozwolę magii trwać, nie szukając rozwiązań i odpowiedzi. Być może, kiedy porzucimy codzienne „muszę” i „powinienem” czas zaczyna nabierać innego wymiaru. A może wrzucenie do najciemniejszego kąta szafy „nieodzownych” gadżetów, pożerających każdego dnia dziesiątki chwil, otwiera nas na nowe możliwości? Odgłosy natury nie wywołują u nas takich panicznych reakcji jak dźwięk telefonu, a pełzający zaskroniec nie zacznie poruszać się nagle z błyskawiczną szybkością  potwora z gry komputerowej.  Może natura nagradza nas jej harmonijnym tempem, kiedy zrzucamy nasz kostium robota i stajemy się jej podrapaną, poparzoną pokrzywami i przyrumienioną słońcem częścią ?:)

Życzę Wam, abyście znaleźli swoje miejsce, w którym czas płynie we własnym rytmie, a rozmarzone spojrzenie nie znika z twarzy. Być może uda się to Wam już tego lata…:)

 

3 myśli nt. „W poszukiwaniu zagubionego czasu, czyli mieszczuch ciągle jeszcze na wakacjach…

  1. W każdym swoim tekście tak samo zadziwiasz mnie swoim innym,zdystansowanym i jakże miłym i bliskim mi,,oldskulowym” spojrzeniem na rzeczywistość:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *