„Ostatnie dziecko lasu”, Richard Louv

003kopia

Często zapominamy o tym, kim jesteśmy i kim byliśmy kiedyś. Otaczając się plastikowym światem, tracimy kontakt z tym, czego część tak naprawdę stanowimy… z naturą.

Większość pokolenia obecnych 40-sto i 30-latków miało jeszcze szczęście być właścicielami podrapanych kolan, poszarpanych wiatrem włosów i rozdartych na drzewach spodni. Byliśmy władcami podwórka, pobliskiego lasku, kamionki, babcinego ogrodu. Mieliśmy szczęście budować szałasy z gałęzi, kopać pułapki na wyimaginowane stwory i huśtać się na starej oponie. Mogliśmy uciekać przed burzą, psem sąsiada i rojem pszczół. Jako właściciele najwspanialszych zabawek zrobionych z wszystkiego, co udało się nam znaleźć, nigdy nie poznaliśmy nudy. Wiedzieliśmy, które dziko rosnące jagody nadają się do spałaszowania, nigdy nie cierpieliśmy po zjedzeniu niedojrzałych jabłek, a z braku innych zakąsek obgryzaliśmy końcówki trawy. Mieszkanie było dla nas spokojnym miejscem na nocleg, kiedy wieczorem pojawialiśmy się z rumianym i mocno przybrudzonym obliczem i zapachem wiatru, ziemi i wolności…

Co się stało później? Czyżby nastąpiła jakaś naturalna katastrofa? Coś, co zmiotło z powierzchni Ziemi wszystko, co wydawało się nam tak cenne? Wszyscy znamy odpowiedź na to pytanie, nawet jeśli nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak bardzo zmieniło się nasze życie. Jeśli zajrzymy do kilku dziecięcych pokoi to naszym oczom ukaże się widok, który zaparłby dech w piersi nawet takim wizjonerom jak Jules Verne. Ilość urządzeń elektrycznych przywodzi czasem na myśl wnętrze statku kosmicznego, a pośrodku dzielny astronauta dryfujący właśnie na portalu społecznościowym, wysyłający równocześnie sms-y i oglądający najnowszy odcinek „Kiepskich”. Zasłużył sobie na tę odrobinę „relaksu” odrabiając przez długie godziny zadania, których sens nie do końca zrozumiał. Jeżeli akurat nie ma go w „bazie” oznacza to, że jest właśnie w drodze na naukę chińskiego, podstaw marketingu czy kursu kulinarnego dla przyszłych Top Chefów. Jadąc na tylnym siedzeniu samochodu, nie ogląda krajobrazu za oknem, bo na swojej komórce ma setki gier i filmików, które całkowicie go pochłaniają. Wieczorem, mały mieszkaniec XXI-wiecznej planety Ziemia przykłada bladą buzię do poduszki i stara się zasnąć, co nie jest łatwe, kiedy młody umysł musi przerobić tysiące bodźców tak „bogatego” dnia.
O tym właśnie jest ta książka( Grupa Wydawnicza Relacja). Richard Louv nie jest jednak zacietrzewionym krzykaczem, próbującym przywrócić nas do przeszłości i wzbudzić sensację. W stonowany i spokojny sposób pokazuje, jakie konsekwencje dla współczesnych ludzi ma zerwanie bezpośredniego kontaktu z naturą, jakie ryzyko pociąga za sobą brak swobodnej, niezorganizowanej zabawy dla naszych dzieci. Jako pierwszy użył określenia: ”Zespół deficytu natury” , czym wywołał dyskusję na całym świecie. Przedstawia przede wszystkim realia amerykańskie, ale sięga również do statystyk i badań przeprowadzanych w Europie i Azji.

Rozwój mediów i gadżetów elektronicznych jest tylko jednym z dziesiątków powodów zmiany obyczajowości. Przyspieszone tempo życia, stres,” wyścig szczurów”, pchający rodziców do wypełniania dzieciom każdej wolnej chwili, ograniczona ilość miejsc, w których można swobodnie i wszystkimi zmysłami odczuwać naturę, atmosfera zagrożenia towarzysząca samodzielnemu przebywaniu dzieci poza domem…to tylko część elementów tworzących te współczesne puzzle. Czasem na drodze staje sama ekologia, czyniąca naturalne miejsca wyłącznie miejscami obserwacji, których nie może „zbezcześcić „ ludzka ręka czy stopa. Bywa, że „względy bezpieczeństwa” stają na straży swobodnej zabawy, tymczasem jak dowiedziałam się z tej lektury, jednym z najmniej bezpiecznych środowisk jest wnętrze naszych domów, w którym dziecko wystawione jest na działanie zarodników trującej pleśni, bakterii, alergenów, tlenku węgla, radonu i pyłu ołowiowego…brr. Zanieczyszczenie wewnątrz bywa od dwóch do dziesięciu razy gorsze niż na dworze!

Ale to nie moment, aby popadać w negatywny nastrój, bowiem naprawdę wiele możemy zmienić. I powinniśmy, ponieważ natura ma zbawienny wpływ na zdrowie fizyczne i psychiczne każdego z nas. Richard Louv dzieli się z nami dziesiątkami pomysłów, które mają doprowadzić do tego, aby przyroda zaczęła odgrywać znowu znaczącą rolę w życiu dzieci i całych rodzin. Pierwszym krokiem jest pokazanie dzieciom całego otaczającego ich piękna i nauczenie, jak ma o nie dbać. Ekologia powinna zaczynać się tuż za naszymi drzwiami, a nie ograniczać się do uzmysławiania zagrożeń dla dżungli amazońskiej. Wypady pod namiot, pikniki, podglądanie ptaków, nocne obserwowanie nieba, wspólne uprawianie ziół w ogrodzie, spacery, wędrówki, zabawy przyrodnicze…to wszystko sprawi, że natura powróci do naszego życia, a wraz z nią spokój i harmonia, których jest nośnikiem.
Autor przedstawia także bardzo obszernie możliwe działania szkół i organizacji społecznych. Myślę, że powinna to być lektura obowiązkowa dla nauczycieli, szczególnie w szkołach, gdzie dzieci ( często pomimo dobrych warunków „przyszkolnych”) trzymane są przez wiele godzin w obrębie czterech ścian, bez szans na „amnestię”. Pod osłoną nieba też można zdobywać wiedzę…

Wiem, że nie każdy przebrnie przez 432 strony tej książki, ale jeżeli ktoś czytając ten tekst poczuł tęsknotę za swobodnym dzieciństwem i pragnienie, aby również kolejne pokolenia czerpały radość z wiatru we włosach, dotyku trawy pod gołymi stopami i spaceru po lesie , to powinien do niej zajrzeć. I opowiedzieć ją wszystkim znajomym.

„Przyroda jest niedoskonale doskonała, pełna swobody i nieskończonych możliwości, z błotem i pyłem, pokrzywami i niebem, chwilami transcendentnych doświadczeń i zdartymi kolanami”.
Czy naprawdę chcemy z tego zrezygnować?

 

koszyk_blog

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *