Jest ocean słowa, ale gdzie KSIĄŻKI?

print
Gdybym mogła się umówić na popołudniową kawę z wybraną postacią żyjącą lub nie, mój wybór padłby niewątpliwie na Johanna Gutenberga, obrotnego przedsiębiorcę ze Strasburga. Herr Gutenberg wynalazł w połowie XV wieku prasę drukarską z ruchomymi czcionkami, dzięki czemu książki stały się łatwiejsze do powielania, a tym samym bardziej dostępne. Jednak powodem naszej pogawędki nie byłaby chęć podziękowania, raczej pewne zażalenia i to w pełni uzasadnione…

Choć wiem, że twórca druku miał jak najlepsze pobudki, zastanawiam się jednak, czy nie mógł opatentować swego dzieła z zastrzeżeniem, że nie należy go nadużywać? W końcu nie wszystko co pomyślane lub powiedziane musi być uwieńczone na cennym papierze, niech nam lepiej szumią drzewa nieprzetarte na celulozę. Do wniosku tego doszłam pewnego poranka, kiedy postanowiłam poszperaćna bogatym książkowym rynku w poszukiwaniu jakiejś przyjaznej lektury wzbogacającej kolejny dzień życia. Ponieważ temat „powieści”( jak pisałam wcześniej)  jest dla mnie jak na razie zakończony z powodu traumatycznych doświadczeń:) udałam się do wirtualnego działu: „Literatura faktu”, klepiąc się sama po ramieniu za ciekawość świata, otwartość na nowe horyzonty i niepodważalny spryt. Ha, z tej wyprawy wraca się jako zwycięzca!

Myślałam tak wciąż po godzinie, chociaż ciągle tkwiłam jeszcze przy tytułach rozpoczynających się na A. Przy C czułam się już lekko znużona, a przy K bliska omdlenia. Z całą pewnością przed moimi oczami przewinęło się wiele świetnych tytułów, ale skąd mogę wiedzieć które?! Czasy, kiedy kilku autorów raczyło nas znakomitymi reportażami jak widać bezpowrotnie minęły, kilku znanych podróżników zamieniło się w tysiące podróżujących, a pozycji biograficznych jest chyba więcej niż żyjącej populacji.

„Nie narzekaj i ciesz się obfitością!” Starałam się podejść do zagadnienia pozytywnie i wnikliwiej rozpracować temat. Najpierw zabrałam się za książki podróżnicze, które wskazują wyraźnie na to, że Polacy poznawać świat lubią. A po skończonej podróży jak widać lubią napisać książkę:) Nie chcę być nazbyt złośliwa, nie chcę też zamknąć granic, aby ukrócić zalew podróżniczej literatury, ale jak w tym oceanie atrakcyjnych okładek i zachęcających opisów odnaleźć tych kilka tomików, które wciągną z bezlitosną siłą do czytania i obudzą ducha przygody, albo delikatnymi barwami i cichymi tonami przenikną na wskroś nawet największego wielbiciela domowych pieleszy? Nie wystarczy pojechać do Indii czy Kenii, jeżeli chce się o tym pisać to trzeba jakąś cząstkę tych miejsc przywieźć ze sobą i podarować każdemu, kto otworzy dziennik podróży. Tego przynajmniej oczekuje wymagający czytelnik, czyli ja.

Biografie są fenomenem samym w sobie, każda znana postać ma ich kilka, te mniej znaczące po kilkadziesiąt. Cieszę się bardzo, że tak dokładnie mogę poznać Audrey Hepburn czy Marylin Monroe, właściwie mogę je poznawać do końca moich dni. Stevena Hawkinga przybliży mi jego autobiografia, biografia pisana przez jego żonę i kilku niezależnych biografów, zawsze z innego punktu widzenia. Każdy piłkarz ma kilka swoich portretów, napisanych naprędce na MŚ, ale z pewnością solidnych i dogłębnych. Kolejne lektury przedstawiają nastoletnie gwiazdki ( ale już musiały przeżyć na tych trzystu stronach!) i wywiady-rzeki z jakimiś uśmiechniętymi pobłażliwie panami ( pewnie politycy, bo zupełnie nie znam). Myślę, że kolejnym nurtem będą biografie blogerów, więc muszę zadbać o pozytywny image i unikać kompromitujących sytuacji. Z potem na czole wygrzebuję się do następnych tytułów.

Tak zwane…historie prawdziwe. Zawsze zastanawiam się nad tym, co naprawdę przynoszą i komu. Kiedyś wydawało mi się, że ich autorzy chcą uwolnić się od przeszłości i podzielić ze światem swoim ciężkim losem, być może aby coś mogło zmienić się na lepsze. Dzisiaj nawałnica dramatycznych tytułów sugeruje raczej, że im gorsza opowieść, tym lepiej może się sprzedać. Ludzie czytają nagłówki i przechodzą obojętnie. Jak widać na koszmar również można się uodpornić. Nie jestem łowcą sensacji, przechodzę więc dalej.

I tak wędruję i wędruję, zapisuję czasami jakiś tytuł w nadziei, że to właśnie TA książka, która mnie zainteresuje, zmusi do refleksji, zachwyci, albo choć spełni moje oczekiwania. Choć nie jestem wielkim fanem nowoczesnej technologii, to pomyślałam sobie, że genialnym pomysłem byłby specjalny program, który dobierałby książki indywidualnie dla każdego czytelnika. Naciskam Enter i specjalny skaner bada zawartość mojej czaszki, ze specjalnym uwzględnieniem ilości neuronów, temperamentu, poziomu rozmarzenia i aktualnego nastroju. Potem metaliczny głos oznajmia:”Hej ty, z bladą twarzą i dziwną fryzurą, mam dla ciebie kilka bardzo kompatybilnych propozycji”. A ja z radością oczekuję moich  książek, wybranych spośród tysięcy innych i obrażam się tylko za bladą twarz, bo z tą fryzurą to w końcu prawda.

Nie oczekuję, że drukarnie przestaną drukować, ani że wydawcy zmniejszą tempo wydawania nowych publikacji. Ale nie jestem też zdania, że każda książka jest naprawdę potrzebna. Najbardziej bolesny jest jednak fakt, że wiele wspaniałych lektur nigdy nie trafi do „najbardziej kompatybilnych czytelników”. Bo nie będą promowane, nie będą napisane przez celebrytę, nie będą miały krzykliwej okładki i skandalicznych nagłówków. Będą być może opowiadały o zwyczajnych ludziach, niedalekich podróżach, „normalnym” życiu, pełnym cichych emocji i głębokich wzruszeń, nie przygniotą informacjami, ale zainspirują i leciutko uniosą nad ziemią. Te książki gdzieś są, więc miejcie oczy szeroko otwarte!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *